Maciej Sabat, znany czasem również jako lucek, skromny, sympatyczny i cichy młody człowiek. Pochodzi z Kielc, od kilku lat mieszka na stałe w Krakowie. Swój wolny czas dzieli między pielęgnację kwiatów balkonowych, kolekcjonowanie chińskiej porcelany i narracyjne zabawy fabularne. Do jego ulubionych gier należą Prince Valiant, Mechawojownik oraz warcaby. W fandomie szuka żony, najchętniej długonogiej, szczupłej blondynki bez kompleksów i zahamowań, koniecznie w wieku 16-19 lat.
Ps. Współautor Wolsunga.
***

Byłem bardzo młodym człowiekiem i równie młodym mg, kiedy w zasięgu łapek naszej grupy pojawił się podręcznik do jednej z najbardziej emocjonujących gier, jakie miałem okazję grać i prowadzić – do Zewu Cthulhu. Za nami 2 lata zmagań w Starym Świecie i genericowo-fantazowej zrzynce z Conana na zasadach ad&d. Przed nami – elegancki album pełen plugawych rysunków i poruszająco realistycznej treści. Kompletna zmiana paradygmatu – przeniesienie w niemalże dotykalne „tu i teraz” Stanów Zjednoczonych czasów prohibicji. Pewnego razu w Ameryce, Chłopaczki z ferajny, Bugsy, Kasyno, świeżutki Ostatni Sprawiedliwy. Wow.
Moi gracze rozwalali wszystko z Tommy Gunów, w tle czarni bluesmani grali smutne melodie na trąbkach a girlsy lały gorzałę kolesiom z giwerami. Kobiety fatalne paliły czarne papierosy w fifkach z mlecznego szkła i zlecały moim gangsterom od siedmiu boleści odzyskiwanie figurek przeróżnych sokołów czy lachonów, utopionych w jeziorach. Od czasu do czasu rzucałem w nich Gwiezdnym Pomiotem, pozwalałem nadepnąć na shoggota i wyłem demonicznie, jak przystało na Mroczne Młode. A oni patrzyli na mnie dziwnie, mówiąc mi po sesji: hej, stary, wiesz, fajne te ktule, ale my wolimy tommyguny, dziwki w barach i szmuglowanie wódy przez granicę.
Aż do pamiętnego sierpnia 1996. Z racji dziwnych lokalowych przetasowań rodzinno-świątecznych i deszczu na zewnątrz zmuszeni byliśmy ulokować się w prawie nieużywanej piwnicy kumpla. W zasadzie, nie była to nawet piwnica, tylko schowek pod schodami w bloku, przed wejściem jeszcze do systemu piwnic. Jeśli wiecie, jak to wygląda – to wiecie. Jeśli nie, nie będę zanudzał nikogo szczegółami. Ważne jest, że wieczorem ulokowaliśmy się w ciasnej, oświetlonej 20-wattową żarówką, piwnicy. W rurze obok mnie szumiał deszcz, nad nami, od czasu do czasu, ktoś przechodził, strzelając drzwiami od klatki schodowej.
Miałem dla moich gangsterów nauczkę. Prawdziwy horror w Zewie Cthulhu. I miałem naprawdę dobry pomysł (hej, do dzisiaj jestem z niego dumny), jak osiągnąć mój cel.
Cthulhu jest grą o przerażających przybyszach z Gwiazd, którzy przerastają naszą rasę pod wieloma względami. Nawet najmarniejsze shoggoty mogą zeżreć Poszukiwaczy z butami, mlasnąć i poprosić o więcej. Nie zaczynam nawet mówić o Wielkiej Artylerii z Nyarlim i Kozą na czele. Wielki nuklearny chaos, który co turę podwaja swoją powierzchnię. Czarny Człowiek, źródło mocy każdej wiedźmy. Shudde-Mel, ryjące swoje tunele pod ziemią. Bezkształtny mrok, zgniły płomień, bezgłowy olbrzym z paszczami pełnymi kłów na każdej dłoni…
Kazałem moim graczom dostarczyć bossowi zapiski z pustego domu jakiegoś kolesia. Mieli przeciwko sobie tylko i wyłącznie swój własny strach i swoje własne lęki. Rozdzieliłem ich postaci, żeby jeszcze bardziej stracili pewność siebie. Przeładowałem opisy tekstami o skrzypnięciach drzwi, szumie deszczu za oknem, trzeszczącej podłodze. Przy każdym dźwięku z zewnątrz gracze wzdragali się i poprawiali na krzesełkach, starając się zajmować jak najmniej wrogiej przestrzeni. Pozwoliłem im nawet tragicznie się pomylić – wpaść na siebie w wąskim korytarzu z bronią i palcami na spustach. A potem pozwoliłem im uwierzyć, że już są bezpieczni. Znaleźli to, czego chciał ich zleceniodawca, szykowali się do opuszczenia nawiedzonego domu, kiedy coś zaczęło na nich polować. Stara rezydencja na łagodnych wzgórzach Nowej Anglii, odcięta od świata przez burzę. Moi dzielni, trochę podziurawieni kulami gangsterzy i świr z siekierą, który bardzo nie chce, żeby ktoś czytał jego zapiski.
Prawdziwy horror wynikał ze strachu o postać, z konfrontacji z własnymi lękami, ze zderzenia z innym stylem (dużo niepokojących szczegółów) opisów, wreszcie z zagrożeniem gorszym od galaretowatych macek – z zagrożeniem z rąk drugiego człowieka. Dodatkowe elementy – deszcz, słabe światło, zapach piwnicy, kroki na schodach – spotęgowały efekt opowieści.
Przez pół godziny po zakończeniu sesji baliśmy się wyjść z piwnicy
{ 0 comments }
Sony zaprezentowało swoją odpowiedź na Nunczako Wii oraz Kinect – Move. Świecące pałki wykrywane przez najnowszy eyetoy. Niby jest to niezwykle precyzyjne, ale bądźmy szczerzy. Raz, że ich rewolucyjne 3d w grach wymaga kupna okularów (gra dla 4 osób w 3d? 4 pary okularów?), dwa, że można spodziewać się gier na 4 osoby. To jest jakiś żart, albo naprawdę ta konsola jest tylko dla bogatych. Kup drogą konsolę, drogi telewizor 3d żeby widzieć różnice w grach, kup okulary 3d i jeszcze te pałki. Kilka, coby na imprezie było zabawnie.
