Prolog

Postanowiłem napisać książkę o Crowdfundingu z pozycji człowieka, który niejedną rzecz ufundował. Co tydzień w środę będę publikował jej fragment na moim blogu. Czasami będą to krótsze fragmenty, czasem dłuższe.

Zatem masz marzenie o tym, aby _______.
Niestety, aby to osiągnąć, potrzebujesz pieniędzy.

Dokładnie mówiąc – ____ zł.
Chyba, właściwie to nie wiesz do końca, ale tak Ci się wydaje.

Jednak działasz w środowisku ________ od __ lat
i wiele osób zna Cię i szanuje za to co robisz.

Może zatem utworzysz projekt zbiórki na serwisie crowdfundingowym?

„To może skoro ludzie dają na Sałatkę Ziemniaczaną dużo pieniążków, to na mój całkiem sensowny pomysł też znajdzie się [trochę/dużo/merdylion] złotych”.

W innym miejscu zostałbyś sprowadzony do parteru za takie dyrdymały.

Ale nie tutaj.

Bo to nie jest wstęp do ciętej riposty czy gorzkich słów. To brama do świata pełnego kotów, pasji czy lodówek na usb, gdzie sukcesy są opiewane ale porażki ukrywane skrzętnie. Zapraszam do miejsca, gdzie portfel naprawdę głosuje, gdzie można wydać książkę, chociaż żaden wydawca nie chciał tego zrobić, gdzie zaś można tańczyć z radości, kiedy cel zbiórki zostaje osiągnięty i przebity dziesięciokrotnie pierwszego dnia.

Ale i do miejsca, gdzie możesz całkowicie stracić wiarę w siebie, widząc że pies z kulawą nogą nie interesuje się Twoim mega świetnym, wspaniałym pomysłem, który musi wypalić, bo Twoja mama go pochwaliła, a mamy przecież nie kłamią.

Jeszcze nigdy chyba nie można było tak łatwo osiągnąć sukcesu, mając pomysł z potencjałem i odbiorcami, ale bez kapitału i inwestora. Tutaj nawet porażka jest łagodna, bo godzi tylko w dumę a nie w portfel. Nikt nie obrazi się za drugą próbę zdobycia środków, a nawet gdyby i wtedy się nie udało, to przynajmniej wiesz, że po prostu nie ma na to chętnych lub jeszcze za wcześnie na wybudowanie Gwiazdy Śmierci.

Powodzenia Marzycielu!